O laminowaniu włosów żelatyną słyszała już pewnie niejedna z Was. Ja na dłuższy czas o nim zapomniałam, więc jak tylko natrafiłam na wzmiankę o nim przeglądając blogi, postanowiłam wypróbować go ponownie. Kiedyś byłam przecież bardzo zadowolona z efektów :).
Jedną łyżkę stołową żelatyny rozpuściłam w około połowie małego kubeczka wody. Po lekkim ostygnięciu dołożyłam łyżkę maski Kallos Macadamia, niepełną łyżkę oliwy z oliwek i pół łyżeczki soku cytryny. Całość nałożyłam dokładnie na całe włosy (nie wmasowując w skalp) i wysuszyłam całkowicie suszarką.
Następnie mocno spłukałam twardą skorupę i umyłam włosy jak zwykle, płynem Facelle. Na koniec wmasowałam we włosy od połowy tę samą maskę, którą wymieszałam z żelatyną i od razu spłukałam. Wolałam upewnić się, że nie będę miała problemów z rozczesaniem włosów :).
Pozostawiłam je do samodzielnego wyschnięcia, a na leciutko już wilgotne nawinęłam wałki z gąbki.
Zdjęcia dziś delikatnie mówiąc kiepskie, było już ciemno i aparat nie łapał ostrości (stąd profesjonalne zdjęcie w łazience :D). Efekt jest jednak niezaprzeczalnie widoczny.
Włosy po laminowaniu były niesamowicie błyszczące, miękkie i zdyscyplinowane. Zakręciły się wyjątkowo mocno (poza końcówkami z lewej strony, które ewidentnie się zbuntowały) przez co zrobiły się dużo krótsze. Nigdzie wieczorem nie wychodziłam, więc darowałam już sobie dokręcanie końcówek.
Laminowanie udało się w stu procentach i co kilka miesięcy będę powtarzać ten zabieg. Następnym razem nie będę kręcić włosów i zobaczymy jak wtedy będą się układać :).
Próbowałyście już laminowania? Jakie efekty przyniosło na Waszych włosach? :)